maciejjek blog

blog mój

Oczy czasu są jak oczy kota

skierowane w dal

stanowcze

ostre

tylko te wąsy rozłażą się na boki bezładnie

lat to już dziewięć.

sen letni

Brak komentarzy

Śniło mi się, że miałem złapać jakiegoś złego człowieka.
Miałem uwolnić od niego świat. Po jego złapaniu ludzie już przestaliby się go bać. I ja i wszyscy moi bliscy przestalibyśmy się go bać, kiedy byłby w więzieniu, bo na wolności to był zły człowiek i budził lęk i niepewność w każdej chwili.
Miałem jakiś przedmiot, w miarę duży, wyobrażam sobie, że to było coś w rodzaju dużych nożyc, takiego sekatora . Wiedziałem, że to jest własność tego złego człowieka, że będzie chciał mi je zabrać, na pewno je użyje. Miałem więc zrobić na niego pułapkę. Byłem w mieście, w którym on też był. Miałem duży spray – jakaś substancja silnie trująca. Być może silna trucizna na zwierzęta lub duże owady. Skoncentrowana i w dużym stężeniu atakowała układ nerwowy oraz oddechowy. Dostawał się do organizmu przez skórę i przez wdychanie. Było lato, gorąco.
Miałem też ten przedmiot, który należał, bądź miał należeć do złego człowieka.
Plan był więc taki, żeby spryskać sprayem ten przedmiot i kiedy złoczyńca go złapie/ weźmie/ zabierze, to zacznie mieć problemy, osłabi się, będzie przebywał pomocy, zgłosi się słaby do lekarza albo na pogotowie i wtedy go złapiemy.
Trzymałem więc spray i przedmiot biegając po rozgrzanym, gorącym mieście. Z jednej strony uciekałem przed złym człowiekiem, bo wiedziałem że mnie szuka, z drugiej strony sam go szukałem, żeby jakoś mu dać, podrzucić te zatrute nożyce.
Bałem się.
Nie było dużo czasu, zagrożenie zewsząd było duże. Uciekałem i goniłem jednocześnie. Musiałem mieć oczy dookoła głowy, nie wiedziałem gdzie biec, gdzie jest dobre miejsce.
Wziąłem spray i popsikałem nim te „nożyce – sekator” chciałem gdzieś je podrzucić lub myślałem, że zły człowiek w walce mi je zabierze.
Bałem się go i sytuacji, ale chciałem to zrobić, wiedziałem, że tylko ja mogę i potrafię tego dokonać.
Wiedziałem, że jak ucieknę i tego nie zrobię, to wszyscy będą się dalej bali i zły będzie rządził.
Nie mogłem się skupić. Cały czas biegłem. Byłem zmęczony. Nie wiedziałem, z której strony czyha niebezpieczeństwo.
Ktoś zwrócił mi uwagę, że pokryłem środkiem zabójczym nie tę część nożyc, że przecież pokryte powinny być rączki, bo za nie on złapie. Zatrzymałem się więc i niemal w biegu popsikałem trucizną na rączki. Ciecz była lepka, gęsta i bardzo ostro, nieprzyjemnie śmierdziała. Jakby połączenie silnie skondensowanego muchozolu z gazem paraliżującym i lakierem.
Pokryłem rączki przedmiotu, ale nie miałem go już sam za co trzymać. Nie zauważyłem, że moje dłonie były całe w tej substancji, że mnóstwo dostało się do płuc i cały czas ją wdychałem.
Nie wiedziałem, co zdobić. Nie mogłem zostawić przedmiotu, nie wiedziałem, gdzie umyć ręce. Wiedziałem, że muszę znaleźć miejsce do umycia, ale nie byłem do tego zdolny.
Biegłem i byłem zagubiony.
Nie mogłem się skupić. Czułem, że wdycham trucizny coraz więcej, ale nic z tym nie mogłem zrobić. Wyobrażałem sobie, jak ciecz – gaz przenika przez bolące i gryzące płuca oraz przez skórę rąk do mojego organizmu. Bałem się, że za chwilę zacznie następować paraliż mojego układu nerwowego.
Bardzo się bałem i byłem na granicy bezradności, bólu, leku, złości, że tak głupio to zrobiłem.
Coraz trudniej było mi znaleźć wyjście…

Jeszcze

Brak komentarzy

Jeszcze pozdążamy dotknąć
wiedzy, co twarda jest i tępa
i słodka.

Rozmawiać o tym, czego chcemy,
co na pewno i kiedyś,
Kochać na wieży,
patrzeć na dźwigi.

Odkryć, że da się zawsze cudownie,
a może można lepiej,
choć nie ciągle.

Jeszcze zdążymy.
Nie z pewnością ale z wiarą.
Nie z przeznaczeniem ale z chęcią.

Oddając część siebie z radością
dostając część siebie z błogością.

W spokoju.
Bez strachu, który zna każdą odpowiedź jak kodeks.

Zdążymy.
Już zaczęliśmy…

Jeszcze

Brak komentarzy

Jeszcze zdążymy dotknąć
wiedzy, co twarda jest i tępa
i słodka, jak mód z owadów wiecznie bzyczących…

sen

Brak komentarzy

Śniło mi się, że spóźniłem się na zajęcia.
Spieszyłem się do szkoły lub na uczelnię. Wiedziałem, gdzie idę, znałem te zajęcia, jednak wracałem tam po długim czasie, jakiejś przerwie lub wakacjach.
W związku z tym, że się spóźniłem, nie zostało już wiele miejsc, sala była pełna młodych ludzi. W jednej z pierwszych ławek, po lewej stronie, siedział Michał – mój dobry, dużo młodszy kolega ze studiów filozoficznych. To była matematyka.
Siadłem w jednej z ostatnich ławek, w rogu sali. Za mną była jeszcze co najmniej jedna, może więcej ławek, wypełniona przez większą ilość ludzi, niż by na to wskazywała pojemność ławek. Zajęcia były prowadzone przez istruktorkę baletu mojej córki (choć we śnie była profesorem matematyki) . Była to wysoka, szczupła, ciemnowłosa, atrakcyjna kobieta, mniej więcej w moim wieku. Dokładnie taka, jak ją pamiętam z treningów mojej córki. W przeszłości była trenerką bardzo zasadniczą, ostrą i niedostępną, ale z biegiem lat złagodniała i stała się bardziej przyjazna i ciepła. Lubiłem ją i lubię. Ufałem jej.
Zaczęła prowadzić zajęcia. Pierwszy temat dotyczył zadania, które, jak mi się wydaje, mieliśmy wcześniej rozwiązać sami. Nie pamiętam, czy to zadanie miałem rozwiązane, wiem natomiast, że nic nie rozumiałem z tego, co nauczycielka pisała na tablicy i z jej wyjaśnień dotyczących zadania. Studenci/uczniowie w ławkach za mną zachowywali się bardzo arogancko, głośno i głupkowato. Krzyczeli, wyli, śmiali się głośno. Mieli dużą kamerę i nagrywali wszystko dookoła. Bardzo mnie to irytowało. Rozpraszali mnie i przeszkadzali. Uważałem to za skrajnie gówniarskie i idiotyczne zachowanie. Odwróciłem się do nich i głośno, ostro i nieprzyjemnie zwróciłem im uwagę. Trochę stracili rezon, ale nie do końca. Ten z kamerą, z głupkowatym uśmiechem skierował obiektyw w moją stronę. Odsunąłem go agresywnie. To podziałało. Uciszyli się.
W tym momencie włączyła się też wykładowczyni i do końca ‚”spacyfikowała” moich sąsiadów.
Wróciłem do zadania, ale miałem nadal całkowitą pustkę w głowie. Nie było to spowodowane tylko sytuacją z dzieciakami z tyłu, już wcześniej nie mogłem złapać zupełnie o co chodzi w tej matematyce. Czułem, że mogę to zrozumieć, opanować, że kiedyś poruszałem się w tym bez problemu, ale teraz nie mogę. Nie daję rady.
Spojrzałem na Michała, który sobie doskonale radził.
Nauczycielka zapytała: – Jacku, a jak tobie poszło z zadaniem?, Odpowiedziałem, że nie mogę się skupić i nie jest to mój najlepszy moment, jeśli chodzi o matematykę, ale że zrobiłem notatki, zamierzam jeszcze zrobić zdjęcie tablicy i wrócę do zadania, aby je zrozumieć, rozwiązać.
Odczułem ulgę, na myśl o ty że Michał mi pomoże.

The Sick Rose

O Rose thou art sick. 
The invisible worm, 
That flies in the night 
In the howling storm: 
 
Has found out thy bed
Of crimson joy:
And his dark secret love
Does thy life destroy.

Spróbowałem przełożyć:

Chora Róża 

O Różo w obłędzie!
Intruz niewidoczny,
Co w czasie był nocnym
Przyniesion przez wicher 

Wtargnąwszy do wnętrza
Namiętnie się mości
Nikt nie dostrzeże,
że giniesz w miłości. 

Spotkanie

1 komentarz

Pewien mężczyzna w wieku delikatnie ponadśrednim odczuwał tęsknotę.
Tęsknota ta była obecna  od zawsze, jednak z początku nie zdawał sobie w ogóle sprawy z jej istnienia. Nie rozmawiał z nią, nie patrzył na nią. Ale słuchał. Przedziwna ta relacja powinna być (żeby było porządnie) symetryczną, jednak taka nie była.
Tęsknota skradała się za mężczyzną. Chowała się, maskowała, udawała kogoś innego, bawiła się w kotka i myszkę. Ukrywała się gdzieś niewidoczna, kiedy tylko mężczyzna odwracał się wiedziony niejasnym tchnieniem. Tchnienie to pochodziło zresztą zazwyczaj od niej samej. Dziwaczne to zachowanie i nieco okrutne owocowało tym, że niczego wprost nieświadomy posiadacz owej, po prostu nie zdawał sobie sprawy w jakiej sytuacji się znajduje. Dawało to oczywistą przewagę podstępnej przeciwniczce.

Mężczyzna słuchał – nie miał wyjścia. Tęsknota posiadając zdolność szeptania wprost do ucha,  niepostrzeżenie zbliżała się tak bisko, że nie można było uciec. I szeptała, szeptała. Monotonnie, ustawicznie. Miało się wrażenie, że krzyczy czasami (być może było to skądinąd przyczyną niewyjaśnionych bólów mężczyzny przypisywanym innym, racjonalnym powodom?), a siła jej przekazu była nie do zlekceważenia. Żądała, była władcza i nieprzejednana. Potrafiła całkowicie zawładnąć mężczyzną, sącząc mu do ucha niezrozumiałe zdania w nieznanym języku.

Bezradność naszego bohatera była godna pożałowania. Nie wiedząc czemu, buntował się! Uznał, ze skoro sam nie pojmuje sytuacji, to i on sam jest niepojmowany. Zamykał się w swoim świecie. Chodził na wielogodzinne, samotne spacery po plaży, wypisywał patykiem na mokrym piasku zdania, które znane były tylko jemu i falom przez te kilka minut. Chciał śmierci i trwał w stanie między śmiercią a życiem. Jakby ciągle zachodziło słońce .
Po jakimś czasie, nie wiadomo dlaczego, dostrzegł, że uporczywie niezrozumiały imperatyw  w jego głowie może mieć coś wspólnego z innymi ludźmi – kobietami.
Nie nazywał tak SAMEJ tęsknoty, bo ciągle nie zdawał sobie sprawy z jej nieustającej obecności. Odkrył tylko nagle, że romantyczny i miłosny, w pełni symbiotyczny związek z kobietą daje jakąś ulgę. Wyruszył więc z radością w podróż! Podróż ta była tak samo dziwna, jak jego poprzednie spacery. Wyglądała zawsze tak samo: budził się pewnego ranka i dostrzegał, że świat przez okno wygląda niemal normalnie, z jednym, małym szczegółem… nie było (prawie) innych ludzi. Był On i Ona. Ta nieoczekiwanie szczęśliwa sytuacja powodowała lekkość i radość w sercu mężczyzny. Wychodził z mieszkania na spotkanie swojej ukochanej, która nie mogła już go nie zauważyć lub zagubić pośród innych mężczyzn. Był jej, a ona była jego. Nic im nigdy przeszkodzić nie mogło i nie przeszkadzało. Podróżowali razem ku szczęściu, bez ryzyka. Od tej pory najulubieńszą porą bohatera był wieczór, tuż po położeniu się do łóżka. Następne godziny spędzał na marzeniach, między nie-snem – a - snem. Patrząc przez ciemne okno  w bloku na przeciwległe okna sąsiadów żył prawdziwym życiem, które dawało nieco więcej ulgi w walce z tęsknotą.
Dni stawały się nieznośnym oczekiwaniem na  wieczór i  noc.  Kładł się do łóżka coraz wcześniej. Tęsknota sprawiła, że był całkowicie w jej władaniu. Powolny i posłuszny  wezwaniom interpretował nieznane treści w jedyny znany sobie sposób. Wciąż jednak nie wiedział, że słyszy.
Przypadek sprawił, że bohater nasz usłyszał. Usłyszał głos Boga. Głos Boga mówił (śpiewał, jeśli mielibyśmy być dokładni) słowa skierowane wprost do niego: Dobrze, że jesteś!
Siła i moc, z jaką ten wers rozlał się w sercu nieświadomego mężczyzny była niespotykana dotąd. Pozwoliła mu też wyjść i spotkać ludzi. Prawdziwych. Wtedy po raz pierwszy poczuł że głos Boga rozmawia z tęsknotą. Jego Tęsknotą. Znaleźli wspólny język, a próbując się przyjrzeć temu dialogowi mężczyzna po raz pierwszy zauważył swoją Tęsknotę. Zdziwił się nieco, ale i ucieszył. Pierwsze spotkanie było miłe i kojące, bo to, czego jego stara-nowa znajoma od niego żądała, było natychmiast zaspokajane. Trwał w tym dialogu, dopóki się dało…
Bohater nasz niestety nie ustrzegł się wówczas grzechu pychy. Uznał, że rozumie już język Tęsknoty, poznał ją, zaprzyjaźnił się i w pełni kontroluje. Tu niniejsza historia mogłaby się skończyć i autor wie, że wiele podobnych historii tak się właśnie kończy. Ale mężczyzna wkrótce Boga zamienił na kobietę prawdziwą.  Tęsknota, która,  czekała tylko na ten moment, markując wcześniej rozejm, rzuciła się z furią.  żeby znowu i jeszcze bardziej,  w pełni nad zatryumfować . Znajomy głos stał się metaliczny, złowieszczy, niszczący i nie do okiełznania. Całkowicie we władaniu Tęsknoty mężczyzna zaczął znowu tęsknić do śmierci. Śmierć – siostra wydawała się niezwykle ponętną damą i chętnie mężczyzna w tamtym czasie oddawał się o niej marzeniom. Wówczas zaczął też próbować rozumieć. Nazwać, zobaczyć, swoją towarzyszkę od lat najdawniejszych – jego Tęsknotę. Prowokował ją do dyskusji, opisywał,… Uzbrojony w latami szlifowane zwierciadło i szkiełko chciał zwyciężyć, okiełznać. I w końcu zrozumiał, …że to, co należy zrobić- to z pokorą pochylić głowę. Nie walczyć. Poddać się. Nie wygrał.

Mężczyzna w delikatnie ponadśrednim wieku spotkał się w końcu ze swoją przyjaciółką. Spotkali się zwyczajnie. nie wiadomo kiedy, nie wiadomo gdzie. Z nianią swoją, kochanką i panią. Usłyszał, że nie będzie rozumiał już do końca. i przyjął. Poznał, że bez niej nie chciałby żyć, a jednocześnie przez nią żyć nie chce.

Miał ostatnio przedziwny sen: śniła mu się piękna postać – Afrodyta, Kropla Życia, Sen-w-śnie, Nocna Piękna Mara. To była Ona. Sama Tęsknota i jednocześnie Spełnienie. Ubrał się w swoje najlepsze ubranie i z drżeniem, wzruszeniem, pełen przejęcia i lęku wyszedł na spotkanie. Jak to w snach bywa – potrafił latać i leciał. Jak to w snach bywa - straszliwe trudności stawały mu na drodze, szedł, męczył się, nie przybliżając się wcale. Nie zrozumiał, ale ZOBACZŁ. We śnie żywym. W życiu bez zasypiania.

 

Jestem

Brak komentarzy

Jestem
w jakiejkolwiek roli
Jestem
W całości i bez spokoju jestem
Oczekując i nie wiedząc
Jestem

Nie mam już do powiedzenia wiele
bo wszystko, co można było poweidzieć
zostało kiedyś powiedziane
lub napisane
Słowa, słowa, słowa
Chcę być tylko

Mówię, więc jestem
Czekam, więc jestem
chcę, więc jestem
Męczę, a nie chcę męczyć
Tylko sam siebie?

Próbowałem osłodzić dziś rano godziny tortem bezowym
Oczekiwanie daje gorzki posmak niepokoju
Zawartość nadziei waha się z każdą sekundą
Od niewyobrażalnej do niewyobrażalnej – więc nic nie daje.

Próbowałem nie dzielić oczekiwania na okruszki
Minut, sekund, ułamków,…
Ale nie potrafię.
Ekran telefonu stałym gościem, zagadującym monotonnie:
- online
- minutę temu
- dwie minuty
-…

Tort bezowy, choć najlepszy, nie pomaga.
W końcu telefon zmienia narrację: – gonię tramwaj.
Potem Twój widok energicznie idącej.

Już jest słodko.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2018 maciejjek blog Design by SRS Solutions

  • RSS